Cierpliwie czekałem, aż przyjdzie taki moment, gdy wszyscy malkontenci, eksperci i wybitni znafffcy tenisa grzecznie spuszczą głowy i pójdą na piwo do klubu Return, by tam spokojnie ponarzekać na Nadala I Federera. Moje przewidywania niestety potwierdziły się i już niedługo Jerzy Janowicz zapuka do pierwszej dziesiątki światowego tenisa, a drzwi otworzy mu sam król Roger. Chłopak z Łodzi właśnie pokonał Tsongę w Rzymie, nie pozostawiając złudzeń Francuzowi.
Niewiele czasu Janowicz potrzebował do okiełznania zwierza, który w nim drzemie. Jurek trzymał go przez cały mecz na smyczy, w mocnym naćwiekowanym kagańcu. Efekt był niesamowity. Mądra, kombinacyjna gra, żadnych kompleksów, żądza wygranej i rozszarpana koszulka po ostatniej, zwycięskiej piłce. Tak grają współcześni wojownicy tenisa, którzy muszą łączyć w swojej grze wiele wyjątkowych cech, aby wygrywać z największymi. Najlepiej mieć atomowy serwis Samprasa, zabójczy return Agassiego, czucie w łapie Federera i wolę walki Nadala. Jurek to wszystko ma.





